Niedziela- dzień lenia.

Goni mnie jakiś człowiek. Właściwie to nie wiem, czy jest groźny, czy nie, ale czuję, że muszę się od niego oddalić. Biegnę przez park, w płucach brakuje mi tchu. Zwiększam tempo ostatkiem sił. Przed mną wyłania się wielka dziura. Nie zdążę wyhamować! Już po mnie. Krzycząc wniebogłosy spadam metr po metrze z zawrotną prędkością. Wszystko wiruje, otwieram oczy i ląduję na podłodze mojego pokoju. Moje dupsko! Zerkam półprzytomna na godzinę w telefonie- 6:13. Gdyby mnie ktoś zobaczył, pewnie śmiałby się po rozpuku. Na szczęście nikt nie widział. Tak to jest, gdy ma się wybujałą wyobraźnię.
Dziś niedziela. Jeden z nielicznych weekendów, kiedy nie muszę jechać do Łodzi na zjazd. Tęsknię za wypadami na studia ilekroć jestem w domu i choć spędzenie czasu w domowym zaciszu jest ważne, to jednak przyzwyczajona do intensywnego życia czuję się jakby wyrwana z rzeczywistości. W głowie cała lista spraw do wykonania, czuję niechęć.
W kuchni wita mnie wygłodniały kot, który cwanie ociera się o moje nogi, maślanym wzrokiem wypatrując czy nie wyciągam przypadkiem z szafki kociej karmy. Ma racje, że się łasi- nasypuję mu trochę jedzenia. Gotowaniem zaraziłam się stosunkowo niedawno,gdy przestała mi odpowiadać dieta składająca się z kanapek i wyrobów żarciopodobnych. Z uwagi na to, że w pracy posilam się znikomie i mam niewiele czasu na konsumpcję- spożywanie posiłków traktuje z wielkim szacunkiem, co w porównaniu z szkolnymi górami żarcia z Liceum jest wręcz niepojęte. Nie oszukując się powiem Wam, że pichcić tylko dla siebie nie chce mi się za bardzo, ale że jako, żołądek niestworzony jest do życia na powietrze- przełamywać swojego lenia muszę i zresztą bardzo dobrze. Tak, więc sięgnęłam po patelnię, ( która mogłaby służyć spokojnie za broń kalibru ciężkiego) i zrobiłam sobie zwykłą polską jajecznicę. W tle leci piosenka „Najlepsze” Marcina Rozynka- przesyłając jakoś magicznie dobre impulsy.
P
ostanowiłam zaszyć się w pokoju z książką „Psychologię miłości” Bogdana Wojciszke w dłoni i cappuccino nieopodal. Po rozpoczęciu studiów pedagogicznych bardzo zaczęły interesować mnie tematy psychologiczne i mimo, że na wykładach zazwyczaj poznaliśmy ułamek podstawowej wiedzy, to po nich z chęcią wertowałam książki problemowe i czytałam o złożonych procesach determinujących życie człowieka. W książce zainteresował mnie podział miłości na poszczególne etapy, nie skupiając się jedynie na romantycznych uniesieniach. Nie zawiodłam się.
Wykonałam trening w czeluściach domowych- zgodnie z postanowieniem: Nie będę niewysortowaną krową. Ostatnimi czasy znowu straciłam z bólem serca kilka kilogramów- głównie przez pracę-mógłby być to spokojnie temat rzeka. Przymierzam się do jej zmiany i wiążę z tym nadzieję na normalne traktowanie człowieka, kto wie, może żądam zbyt wiele? Nie zamierzam tkwić w tym bagnie. Zamierzam też odzyskać sylwetkę z lata, żeby wyrobić się do czerwca i spotkań z modą. A miałam ją taką:
hee
Przejrzałam media społecznościowe- jedna koleżanka się zaręczyła, kolejna wstawiła fotkę ze ślubu, a ja? Zadaję sobie pytanie… Ja wyleguję się na wygodnym łóżku opatulona mięciutkim kocem. Zawsze zaskakiwało mnie idealne życie ukazane na portalach społecznościowych. Wiem też, że wiele nieszczęśliwych istot mówiąc dosadnie rzyga miłością i perfekcjonizmem na nich promowanych, jednak ja wychodzę z założenia, że skoro zapracowali sobie na to, to mają i nic nam zwykłym odbiorcom do tego.
Zanotowałam sobie też kolejną porcję złotych myśli jeździeckich w moim końskim zeszycie. Prawdziwy dżokej to taki, który ciągle się doskonali- zgodnie z tą myślą skrzętnie spisuję każdą nowinkę dotyczącą jazdy konnej. Muszę wam ten notes kiedyś pokazać, ale to już temat na kolejną wpis. Wytrwale ciułam na lekcje jazdy konnej, z tęsknotą wspominając frajdę odczuwaną na końskim grzbiecie. Niestety, teraz mam tyle wydatków, że na przyjemności mi najzwyczajniej w świecie nie starcza i każdy grosz muszę obejrzeć dwa razy, zanim na cokolwiek go wydam. Poniżej owy zeszyt i zgubione przez kogutka piórko, które oczywiście musiałam przygarnąć :)
pop
Przejrzałam chyba ze sto sukienek i innych ubrań w Internecie. Na razie tylko delektuję się ich widokiem w wirtualnym świecie. Podobnie jak w przypadku jazdy konnej- na nowe ubrania brak mi pieniędzy. Samo patrzenie sprawia mi wiele radości. Wyobrażam sobie, że mam daną rzecz na sobie i jest mi trochę mniej przykro. Dorosłe życie jest dla mnie zupełnie czymś nowym, szkoła nie uczy jak żyć w realnym świecie- niestety, więc zderzenie z rzeczywistością jest interesującym doświadczeniem. Ile bym nie napisała, muszę przyznać, ze sobie jakoś poradziłam. Udało mi się zarobić na studia zaoczne, a przy okazji zachomikować na niespodziewane wydatki.
W szafie miałam prawdziwy armagedon, więc wzięłam się za sprzątanie- Felek z radością mruczeniem przeczesywał kolejne zakamarki szafy i wiernie towarzyszył mi podczas robienia porządków. Tak się napracował, że padł na łóżko i o dziwo grzecznie spał. Musicie bowiem wiedzieć, że mój kot podobnie jak właścicielka odznacza się niespożytą energią i trudno mu usiedzieć potulnie w jednym miejscu.
popraWieczorem zrobiłam sobie mini seans filmowy- z sentymentu oglądając po raz n-ty „Udręczonych” i „Obecność”- zasłaniając się kotem w niektórych momentach, bo mimo, że mój poziom wytrzymałości nie jest jakiś zerowy- wybrane sceny są po prostu dla moich oczu zbyt wielkim wyzwaniem. O krówkach własnoręcznie ulepionych w ilościach zaiste hurtowych i wielkim worze chipsów pochłoniętych podczas oglądania nie będę nawet się rozwodzić ;) U mnie świetnie się sprawdza uszczęśliwianie jedzeniem. Jestem wielkim łakomczuchem i zawsze mam u siebie zapasy łakoci- co skutecznie niweluję odpowiednimi treningami ^^.
Czeka mnie jeszcze szybka toaleta. Lustro ukazuje moją twarz bez fluidów, podkładów i innych dobrodziejstw kosmetycznych i wiecie co? Lubię swoje naturalne odbicie i choć wyglądam inaczej i być może dla niektórych ludzi jestem wtedy małym czarnym czupiradłem nie wstydzę się go. Media wmówiły nam kult idealizmu- doskonałej cery, perfekcyjnych proporcji, ale zapominają, że kobieta bez tony makijażu to też kobieta. Akceptuję swoje ciało, bo wiem, że to część mnie. Tylko tyle i aż tyle.
poooW zwyczajności nie ma nic złego. Nie zawsze w życiu muszą lecieć iskry i tryskać misterne fajerwerki, żeby było dobrze. Istniejemy i powinniśmy to docenić. Wiem, wydaje się to banalne z perspektywy osoby, której problemy mają wielkość Mont Everestu, ale powinniśmy pamiętać, że możemy wszystko naprawić, zepsuć, zrobić cokolwiek. Nie każdemu na tym świecie jest to dane. Życie jest darem i nie zapominajmy o tym, nawet w złych chwilach.
Nie przypadkiem spisałam dziś swój dzień pozbawiony nowych doznań, niezwykłych zdarzeń. Pracuję, studiuję, piszę. Rzadko zdarza mi się mieć chwilę tylko dla siebie. Mój zwykły dzień ma dla mnie wielką moc uzdrawiania. Kiedy wydaje mi się, że nawał obowiązków jest dla mnie zbyt potężny wygospodarowuję sobie taki dzień przerwy. Umysł i ciało odpoczywa i od razu lepiej współpracuje. W moim życiu wszystko dzieje się tak szybko… Czasami trzeba zwolnić, żeby pójść do przodu z nowymi pokładami energii.
Jutro znów do pracy,w  piątek jadę na uczelnię- jakoś to będzie.

Pozdrawiam!

1 Komentarz

  1. Miło przeczytać u Ciebie coś nowego, bo ja cały czas zaglądałam, kukałam, czekałam :)

    Widzę sporo się u Ciebie zmieniło, ale co najważniejsze świetnie sobie z tymi zmianami poradziłaś! Nie zawsze ten etap życia jest łatwy, wiem po sobie, ale super, że jesteś zadowolona ze swojego życia :))

    Naturalność jest cudowna, ja sama też często chodzę bez make’up – u i wcale nie czuję się z tym źle :)

    Pozdrawiam i wysyłam moc buziaków :))

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.