Niedziela- dzień lenia.

Goni mnie jakiś człowiek. Właściwie to nie wiem, czy jest groźny, czy nie, ale czuję, że muszę się od niego oddalić. Biegnę przez park, w płucach brakuje mi tchu. Zwiększam tempo ostatkiem sił. Przed mną wyłania się wielka dziura. Nie zdążę wyhamować! Już po mnie. Krzycząc wniebogłosy spadam metr po metrze z zawrotną prędkością. Wszystko wiruje, otwieram oczy i ląduję na podłodze mojego pokoju. Moje dupsko! Zerkam półprzytomna na godzinę w telefonie- 6:13. Gdyby mnie ktoś zobaczył, pewnie śmiałby się po rozpuku. Na szczęście nikt nie widział. Tak to jest, gdy ma się wybujałą wyobraźnię.
Dziś niedziela. Jeden z nielicznych weekendów, kiedy nie muszę jechać do Łodzi na zjazd. Tęsknię za wypadami na studia ilekroć jestem w domu i choć spędzenie czasu w domowym zaciszu jest ważne, to jednak przyzwyczajona do intensywnego życia czuję się jakby wyrwana z rzeczywistości. W głowie cała lista spraw do wykonania, czuję niechęć.
W kuchni wita mnie wygłodniały kot, który cwanie ociera się o moje nogi, maślanym wzrokiem wypatrując czy nie wyciągam przypadkiem z szafki kociej karmy. Ma racje, że się łasi- nasypuję mu trochę jedzenia. Gotowaniem zaraziłam się stosunkowo niedawno,gdy przestała mi odpowiadać dieta składająca się z kanapek i wyrobów żarciopodobnych. Z uwagi na to, że w pracy posilam się znikomie i mam niewiele czasu na konsumpcję- spożywanie posiłków traktuje z wielkim szacunkiem, co w porównaniu z szkolnymi górami żarcia z Liceum jest wręcz niepojęte. Nie oszukując się powiem Wam, że pichcić tylko dla siebie nie chce mi się za bardzo, ale że jako, żołądek niestworzony jest do życia na powietrze- przełamywać swojego lenia muszę i zresztą bardzo dobrze. Tak, więc sięgnęłam po patelnię, ( która mogłaby służyć spokojnie za broń kalibru ciężkiego) i zrobiłam sobie zwykłą polską jajecznicę. W tle leci piosenka „Najlepsze” Marcina Rozynka- przesyłając jakoś magicznie dobre impulsy.
P
ostanowiłam zaszyć się w pokoju z książką „Psychologię miłości” Bogdana Wojciszke w dłoni i cappuccino nieopodal. Po rozpoczęciu studiów pedagogicznych bardzo zaczęły interesować mnie tematy psychologiczne i mimo, że na wykładach zazwyczaj poznaliśmy ułamek podstawowej wiedzy, to po nich z chęcią wertowałam książki problemowe i czytałam o złożonych procesach determinujących życie człowieka. W książce zainteresował mnie podział miłości na poszczególne etapy, nie skupiając się jedynie na romantycznych uniesieniach. Nie zawiodłam się.
Wykonałam trening w czeluściach domowych- zgodnie z postanowieniem: Nie będę niewysortowaną krową. Ostatnimi czasy znowu straciłam z bólem serca kilka kilogramów- głównie przez pracę-mógłby być to spokojnie temat rzeka. Przymierzam się do jej zmiany i wiążę z tym nadzieję na normalne traktowanie człowieka, kto wie, może żądam zbyt wiele? Nie zamierzam tkwić w tym bagnie. Zamierzam też odzyskać sylwetkę z lata, żeby wyrobić się do czerwca i spotkań z modą. A miałam ją taką:
hee
Przejrzałam media społecznościowe- jedna koleżanka się zaręczyła, kolejna wstawiła fotkę ze ślubu, a ja? Zadaję sobie pytanie… Ja wyleguję się na wygodnym łóżku opatulona mięciutkim kocem. Zawsze zaskakiwało mnie idealne życie ukazane na portalach społecznościowych. Wiem też, że wiele nieszczęśliwych istot mówiąc dosadnie rzyga miłością i perfekcjonizmem na nich promowanych, jednak ja wychodzę z założenia, że skoro zapracowali sobie na to, to mają i nic nam zwykłym odbiorcom do tego.
Zanotowałam sobie też kolejną porcję złotych myśli jeździeckich w moim końskim zeszycie. Prawdziwy dżokej to taki, który ciągle się doskonali- zgodnie z tą myślą skrzętnie spisuję każdą nowinkę dotyczącą jazdy konnej. Muszę wam ten notes kiedyś pokazać, ale to już temat na kolejną wpis. Wytrwale ciułam na lekcje jazdy konnej, z tęsknotą wspominając frajdę odczuwaną na końskim grzbiecie. Niestety, teraz mam tyle wydatków, że na przyjemności mi najzwyczajniej w świecie nie starcza i każdy grosz muszę obejrzeć dwa razy, zanim na cokolwiek go wydam. Poniżej owy zeszyt i zgubione przez kogutka piórko, które oczywiście musiałam przygarnąć :)
pop
Przejrzałam chyba ze sto sukienek i innych ubrań w Internecie. Na razie tylko delektuję się ich widokiem w wirtualnym świecie. Podobnie jak w przypadku jazdy konnej- na nowe ubrania brak mi pieniędzy. Samo patrzenie sprawia mi wiele radości. Wyobrażam sobie, że mam daną rzecz na sobie i jest mi trochę mniej przykro. Dorosłe życie jest dla mnie zupełnie czymś nowym, szkoła nie uczy jak żyć w realnym świecie- niestety, więc zderzenie z rzeczywistością jest interesującym doświadczeniem. Ile bym nie napisała, muszę przyznać, ze sobie jakoś poradziłam. Udało mi się zarobić na studia zaoczne, a przy okazji zachomikować na niespodziewane wydatki.
W szafie miałam prawdziwy armagedon, więc wzięłam się za sprzątanie- Felek z radością mruczeniem przeczesywał kolejne zakamarki szafy i wiernie towarzyszył mi podczas robienia porządków. Tak się napracował, że padł na łóżko i o dziwo grzecznie spał. Musicie bowiem wiedzieć, że mój kot podobnie jak właścicielka odznacza się niespożytą energią i trudno mu usiedzieć potulnie w jednym miejscu.
popraWieczorem zrobiłam sobie mini seans filmowy- z sentymentu oglądając po raz n-ty „Udręczonych” i „Obecność”- zasłaniając się kotem w niektórych momentach, bo mimo, że mój poziom wytrzymałości nie jest jakiś zerowy- wybrane sceny są po prostu dla moich oczu zbyt wielkim wyzwaniem. O krówkach własnoręcznie ulepionych w ilościach zaiste hurtowych i wielkim worze chipsów pochłoniętych podczas oglądania nie będę nawet się rozwodzić ;) U mnie świetnie się sprawdza uszczęśliwianie jedzeniem. Jestem wielkim łakomczuchem i zawsze mam u siebie zapasy łakoci- co skutecznie niweluję odpowiednimi treningami ^^.
Czeka mnie jeszcze szybka toaleta. Lustro ukazuje moją twarz bez fluidów, podkładów i innych dobrodziejstw kosmetycznych i wiecie co? Lubię swoje naturalne odbicie i choć wyglądam inaczej i być może dla niektórych ludzi jestem wtedy małym czarnym czupiradłem nie wstydzę się go. Media wmówiły nam kult idealizmu- doskonałej cery, perfekcyjnych proporcji, ale zapominają, że kobieta bez tony makijażu to też kobieta. Akceptuję swoje ciało, bo wiem, że to część mnie. Tylko tyle i aż tyle.
poooW zwyczajności nie ma nic złego. Nie zawsze w życiu muszą lecieć iskry i tryskać misterne fajerwerki, żeby było dobrze. Istniejemy i powinniśmy to docenić. Wiem, wydaje się to banalne z perspektywy osoby, której problemy mają wielkość Mont Everestu, ale powinniśmy pamiętać, że możemy wszystko naprawić, zepsuć, zrobić cokolwiek. Nie każdemu na tym świecie jest to dane. Życie jest darem i nie zapominajmy o tym, nawet w złych chwilach.
Nie przypadkiem spisałam dziś swój dzień pozbawiony nowych doznań, niezwykłych zdarzeń. Pracuję, studiuję, piszę. Rzadko zdarza mi się mieć chwilę tylko dla siebie. Mój zwykły dzień ma dla mnie wielką moc uzdrawiania. Kiedy wydaje mi się, że nawał obowiązków jest dla mnie zbyt potężny wygospodarowuję sobie taki dzień przerwy. Umysł i ciało odpoczywa i od razu lepiej współpracuje. W moim życiu wszystko dzieje się tak szybko… Czasami trzeba zwolnić, żeby pójść do przodu z nowymi pokładami energii.
Jutro znów do pracy,w  piątek jadę na uczelnię- jakoś to będzie.

Pozdrawiam!

Potrzeba zmian

Wracając autobusem do domu usłyszałam pewną rozmowę, w której kluczowym momentem było pytanie: Co u ciebie się zmieniło w ciągu roku? Konwersację prowadziły dwie sympatyczne staruszki, które z humorem opisywały swoje życie. Nieważne co mówiły, ważne, że pytanie to trafiło we mnie jak grom. Całą drogę w myślach robiłam swój osobisty rachunek sumienia. Bardzo zależało mi na tym, żeby przejść metamorfozę, żeby nadać mojemu życiu nowy bieg, aby wszystko nie kojarzyło się mi z X. Rozstanie było chyba przełomowym momentem mojego istnienia. Sprawiło, że spojrzałam  na wiele spraw z innej perspektywy, zmobilizowałam się do działania, chociaż wszystko we mnie wołało:Nie mam siły.   Zmieniłam się przede wszystkim zewnętrznie. Zapuściłam długie włosy, przytyłam i wyrzeźbiłam sylwetkę. Zniknęło widmo kościstej dziewczyny, której wypominano niedowagę. Wiele to dla mnie znaczyło, ponieważ miałam problemy z wagą praktycznie od zawsze, uwolnienie się od tego utrapienia uważałam dotąd za niewykonalne, a tu proszę- udało się! Upewniło mnie to w przekonaniu, że wszystko jest możliwe. Zaakceptowałam swoje ciało.
Pokonałam swoje lęki. Życie w pojedynkę to też życie. Samotność to dobra lekcja. Jest potrzebna, żeby pamiętać jak wielką metamorfozą jest spędzanie życia z kimś kogo się kocha. Czas inaczej biegnie, serca inaczej bije. Wierzę w to, że kiedyś to poczuję. Może za rok, a może za pięć lat, ale mam nadzieję, że kiedyś będzie mi dane tego doświadczyć. Z upływem czasu ‚wyzdrowieję’ i przestanę uciekać przed miłością. Czemu to wciąż robię? Ze strachu. Nie jestem gotowa. Dopiero się pozbierałam, nie chcę znowu się rozpadać.

Przełamałam się i śmigam na basenie. Musicie bowiem wiedzieć, że miałam lęk przed zbiornikami wodnymi. Nie miałam wyjścia, bo na AWF-ie jest pływanie, więc byłam zmuszona coś z tym zrobić. Doskonalę kraula. Pan instruktor powiedział mi kiedyś, że sami stawiamy sobie bariery, a później trudno jest nam je usunąć z drogi. Miał absolutną rację.
Wielu ludzi uważa, że zmiany potrzeba czasu. To nieprawda. Zmiana następuje w jednym momencie. Dzieje się w mgnieniu oka! Podjęcie decyzji o jej wprowadzeniu w  życie może trochę potrwać, ale sama zmiana trwa ułamek sekundy. Wykorzystaj więc szansę. Nie czekaj. Czasem po prostu zmień coś spontanicznie i ciesz się  z efektów. Wiem, że potrafisz to zrobić.

Odpoczynku ciąg dalszy :)

Witajcie! Wpadam jak zwykle raz na tydzień, żeby zdać Wam relacje z paru dni :) Zacznę od tego, że po intensywnych treningach ostatnimi czasy mam ochotę gotować! To dla mnie nowość, ponieważ do tej pory mając do wyboru pichcenie i sprzątanie, wybrałabym drugą opcję. Być może wynika to z tego, iż jestem trochę pedantką i lubię mieć porządek- ale tak bez skrajności- gdy jakaś rzecz zostanie przestawiona nie wpadam we wściekłość :P Zrobiłam dzisiaj gofry. Jako, że jestem wielką miłośniczką tego deseru i często kiedy spacerujemy ze znajomymi po mieście lądujemy przy budce
z tymi smakołykami, pomyślałam, że byłoby wspaniale samemu wykonać takie cuda. Efekt widać poniżej.
ppp

Dodaję przepis ( na wszelki wypadek dla jakichś chętnych :> )
2 szklanki mąki
2 szklanki mleka
1 płaska łyżka proszku do pieczenia
szczypta soli
6 łyżek cukru
1/3 szklanki oleju
2 jajka – rozdzielamy żółtko od białka
Do jednej salaterki wrzucamy wszystkie składniki, z wyjątkiem białek. W jednej miseczce ubijamy składniki, w drugiej ubijamy na sztywno białka. Rozgrzewamy gofrownicę. Delikatnie wrzucamy białka do masy. Z porcji wyszło mi 10 gofrów, których niestety już nie ma, bo głodomory wszystkie połknęły :)

To mój kolejny tydzień ćwiczeń. Z moich obserwacji wynika, że uczę się wytrwałości i dyscypliny oraz co mnie odrobinę dziwi- staję się jeszcze bardziej uparta. Widzę też pierwsze efekty zewnętrzne. Zawsze byłam strasznie szczupła, ale teraz zaczynają mi się rzeźbić mięśnie- przepraszam za nieprofesjonalne słownictwo :( :) Wygląda to dość fajnie ( Żeby nie zapeszać! )

Pojawił się w moim życiu pewien chłopak, który wydaje mi się chciałby… ze mną być? Problemem jestem ja. Po ostatnim związku nie pozbierałam się jeszcze na tyle by wchodzić w kolejny. Rany po zakochaniu nadal gdzieś tam głęboko we mnie są, wciąż bolą. Czuję, że nie jestem gotowa. Nie teraz, kiedy moje życie zaczyna się układać. Z drugiej strony nie chciałabym go skrzywdzić, dlatego jasno postawiłam sprawę- przyjaźń. Martwię się jednak, że wkrótce moja oferta go nie usatysfakcjonuje, ale trudno. Nie żyję po to, by każdego uszczęśliwiać.

Co jeszcze? Czekam na pare wydarzeń:
1. spotkania z modą!
2. wylęg piskląt
A jako, iż jestem dość niecierpliwa to mi się dłuży. A jak mi się dłuży to wymyślam sobie coraz to nowe zajęcia.Dziś na przykład pieliłam osobiście wypielęgnowane przeze mnie truskawki. Z tymi owocami wiąże się ciekawa historia. Były przesadzane trzy razy, aż znalazły się u mnie na działeczce. Ciągle były niszczone, a jako, że są to truskawki po moim nieżyjącym już dziadku byłam do nich bardzo przywiązana, więc zawzięcie o nie
walczyłam, za co najwyraźniej postanowiły się odwdzięczyć :D
rByłam wczoraj na wypadzie rowerowym z moją przyjaciółką. Wyćwiczyłyśmy mięśnie, porozmawiałyśmy od serca :) Podróżowałyśmy głównie drogami asfaltowymi, ale w pewnym momencie zaintrygowałyśmy się pewną dróżką polną, prowadzącą Bóg wie gdzie, jak to my, pojechałyśmy sprawdzić. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że nie dojrzałyśmy na początku ścieżki, że w połowie droga robi się bardzo stroma i pędziłyśmy rowerami z zawrotną prędkością. Zabawa zaczęła się kiedy miałyśmy wrócić pod górkę :D Dobry trening, nie ma co :D 

Opowieść o kurach podobnych do królików

Witajcie! Wpis miał być o relacji z minionego tygodnia. Miał być, ponieważ w ostatniej chwili zdecydowałam się opowiedzieć jednak trochę o jednej z moich wiejskich pasji jako, że ostatnie dni poświęciłam w całości wzmożonej pielęgnacji moich pupili. Ludzie, którzy znają mnie bliżej, wiedzą, że mam bzika na punkcie zwierząt. Sama siebie określam jak człowieka, którego powołano do opieki nad nimi, chyba stamtąd z góry ;) Już jako male dziecko mnóstwo czasu spędzałam u swoich podopiecznych. Żeby jednak nie było tak zwyczajnie: moi zwierzęcy przyjaciele mają pióra, znoszą jajka! :D Domyślacie się już o co chodzi? Otóż hoduję drób…ozdobny :D Nie znaczy to, że się ograniczam tylko do nich, moją drugą miłością są konie. Cóż nie powiedziałam z nimi jeszcze ostatniego słowa- gromadzę fundusze na ich kupno i utrzymanie ;) Wróćmy jednak do kurek. Nie uważam tego za coś dziwnego. Ludzie mają przecież różne zainteresowania. Jedni zbierają znaczki,drudzy kolekcjonują figurki. Każdy człowiek jest inny i to jest piękne czyż nie? :)
Opowiem Wam więc troszkę o moich ulubieńcach ;)
Czy ciężko jest hodować kury inne niż popularne nioski?
Powiem tak, zależy od rasy i osobistych preferencji. Wiadomo, że ozdobne ptaki mają trochę inne wymagania niż towarówki- nie są to jednak wymagania tak straszne, że nie da się temu podołać. Gdyby tak było rasy te by wyginęły. Kupować ode mnie przyjeżdżają ludzie zarówno pochodzący z miasta, jak i ze wsi. Przewija się u mnie w roku naprawdę sporo chętnych. Spowodowane jest to również tym, że ptaki takowe są świetnym prezentem na różne okazje, chociaż osobiście uważam, że powinien być to podarunek dla odpowiedzialnych i konsekwentnych- należy przecież pamiętać, że nie są to kolczyki, które rzuci się w kąt i zapomni. Z obserwacji mogę powiedzieć, że kurki te czasami dopada jakieś wstrętne choróbsko, jednak jak w przypadku homo sapiens idzie się do lekarza( z tą różnicą że weterynarza ^^) i dostaje się leki. Ja przekopałam sporo for internetowych wszelkiego kalibru, aż doszło do tego, że czasami pouczam weterynarza. Tak to już czasem jest, że bywa, iż wiemy więcej niż sam leczący… Pozostawię to bez komentarza :P Pamiętać też należy o właściwych warunkach do chowu- odpowiedni kurnik, pokarm etc. Wydaje mi się jednak, że te wszelkie nieudogodnienia znikają, gdy mamy możliwość podziwiania tych zwierząt radośnie drepczących po wybiegu i zadowolonych z życia :) Nie chcę Wam zanudzić, więc dodam trochę zdjęć „mojej kurzej ekipy” :)
Poniższe foto przedstawiają jedną z moich ras- kury jedwabiste. 
nowy
nowy 2Jak da się zauważyć zamiast normalnych piór mają one mięciutki puszek, który w dotyku jest meega przyjemny :3

nowy12Mają też włochate czubki na głowie i łapcie na nogach. I trzeba koniecznie wspomnieć, że to wspaniałe kwoki!!! Niezastąpione! Śmiem twierdzić, że lepsze od domowych kur. 
nowy11nowy8nowy3O tym, że to cudowne modelki chyba nie muszę wspominać :D
nowy4Na pierwszy rzut oka przypominają maskotki i wiecie co? Takie są. Kochane, mocno przywiązujące się do właścicieli. Moje chodzą za mną jak pieski. :)

nowy10nowy9nowy 5To by było na tyle na dziś. Do następnej notki! I kolejnej rasy! :P Macie jakieś pytania to śmiało! Chętnie odpowiem, mogłabym rozmawiać o nich godzinami :) Niestety, obowiązki wzywają :( Pa! :*
PS. Wszystkie zdjęcia ptaków są z mojej hodowli i nie zgadzam się na ich upowszechnianie bez mojej zgody. 

 

Nowe wyzwanie i codzienne perypetie

Drogi pamiętniku!
Jakiś czas temu postanowiłam wziąć udział  w „Spotkaniach z modą”  jako modelka. Doszłam do wniosku, że przecież życie mamy jedno, więc trzeba zdobywać nowe doświadczenia ;P W poniedziałek miałam pierwsze zebranie dotyczące imprezy. Standardowo- większość zgromadzonych stanowiły kobitki + 5 rodzynków. Zapisując się na pokaz byłam świadoma co mnie czeka- nie tylko miłe przymiarki i prężenie się w szpilkach- również całodniowe próby i niekoniecznie megasympatyczne zachowanie projektantów. Pani nadzorująca grupę- dyrektorka domu kultury nieustannie podkreślała trudy i minusy tego przedsięwzięcia. Rozumiem, chciała nas uświadomić, widać było, że część zespołu się trochę zniechęciła – na szczęście ja nie- nie tak łatwo mnie zrazić ;) Czeka nas kilka dni wytężonej mobilizacji, ale to mi się podoba- cenię  sobie profesjonalne podejście do tematu, a nie takie pitu pitu. O  postępach w projekcie będę informować na bieżąco. Traktuję to trochę jak wyzwanie, bo o ile sesje zdjęciowe nie są dla mnie niczym nowym, to pokaz mody tak!- może się wydawać to podobne, ale uwierzcie to całkowicie dwa różne światy. Nasza „mentorka” opowiadała nam o dniu, w którym po raz pierwszy spotkamy się z projektantami- przeprowadzą oni selekcję modelek i dobiorą nam stroje- może być to ciekawy moment- bo z tego co słyszałam od weteranek mają oni czasami dość ekstrawagancki styl- w tamtym roku podobno była kolekcja oparta na plastiku i folii :O Możecie sobie wyobrazić dziewczyny idące na wybiegu ubrane  w folię babelkową i plastikowe płaszcze przeciwdeszczowe ^^
Co u mnie? Korzystam z najdłuższych wakacji w moim życiu :) Spędzam je na aktywnie: dużo ćwiczę- rozciągam swoje zastałe mięśnie, szlifuję formę… Uznałam, że poprawa kondycji wpłynie pozytywnie nie tylko na mój wygląd, ale również podbuduje moje samopoczucie. I wiecie co? Faktycznie po treningu czuję się wspaniale! Mimo, że wszystko mnie boli mam świadomość, że jutro będzie lepiej. Ruch jest dobrym antydepresantem. 
Szukam pracy. Polska nie jest krajem dla młodych ludzi. Mimo, iż wysłałam mnóstwo CV do różnych firm nie ma odzewu :( Jestem zła. Chciałabym w końcu mieć własne pieniądze, będące namiastką wolności. Słysząc od moich znajomych, którzy ukończyli studia, że wylądowali na bezrobociu, krew mnie zalewa. Szkoła wyższa nie jest gwarantem znalezienia pracy. Właściwie to nie wiem co jest takim gwarantem… Nawet nie chcę spekulować. Chciałabym znaleźć sobie jakieś zajęcie- siedząc w domu czuję, że się duszę. I nawet nie chodzi tu tak bardzo o te zarobki, chciałabym czuć się komuś potrzebna, a nie wegetować w czterech ścianach.
Miewam dziwne dni. Takie jak ten. Zmywam czerwony lakier z paznokci, piję energetyka poprawiam włosy, słucham Johna Legenda. Czuję w sobie dojrzałość, siłę, odwagę. Przychodzi kolejny dzień i jestem zwykłym dzieckiem. 

Córka marnotrawna

Koniec edukacji licealnej ( i matur!)  natchnęł mnie do powrotu do mojego wirtualnego pamiętnika, do którego wracam niczym córka marnotrawna…
     Matury to czas w moim życiu, który doprowadzał mnie do realnej złości i irytacji. Rozumiem, że każdy musi przejść przez egzamin dojrzałości, żeby awansować na wyższy poziom edukacji, ale czemu te egzaminy muszą być takie wykańczające. Po powrocie do domu czułam się jakby przejechał po mnie czołg i nie miałam ochoty na nic. Absolutne zero. Co śmieszniejsze, najbardziej stresowałam się ustnymi. To jak ruletka, albo wylosujesz fajny temat i wzniesiesz się na wyżyny , albo trafisz na jakiegoś gniota i jedyne o czym możesz marzyć to łaska komisji. Ku mojemu zdziwieniu ustne poszły mi pomyślnie- z polskiego udało mi się ustrzelić setkę, a na niemieckim całe 83 % ( najlepszy wynik ze szkoły z tego języka- juhuuuuuu!).
„Wydaję się pewna siebie”- słowa usłyszane od jednej z nowych znajomych… Owszem dużo mówię, poruszam się dynamicznie, sporo żartuję. Kreuję siebie zewnętrznie na istotę pewną swoich racji. Przechodzę metamorfozę… Staram się wychodzić poza strefę mojego osobistego komfortu- nie zamykać się na świat. Szukam swojej wartości. Uczę się żyć. Wkraczam powoli w dorosłość.
   Ogarniają mnie czasami uczucia tak małe i nic nie znaczące jak tyl­ko to możli­we, a które tak bo­lą w miej­scach, o których na­wet nie wie­działam, że mam we wnętrzu. I nie ważne jak bardzo za­walam się zajęciami czy ile kieliszków wy­piję z przy­jaciółmi. Wciąż kładę się do łóżka spoglądając na każdy szczegół i zas­ta­nawiam się, co zro­biłam źle al­bo jak mogłam sie tak po­mylić. I jak do cho­lery w tych prze­lot­nych chwi­lach mogłam czuć się ta­ka szczęśli­wa? Nie pot­ra­fię prze­konać siebie do wielu rzeczy, ludzi. Przecież wszystko jest okej.  Dobra, nie będę się oszukiwać, ten rok nauczył mnie wiele: żeby się nie poddawać, żeby wierzyć, żeby się zbytnio nie przywiązywać,  a przede wszystkim tego, że zmiany są potrzebne. 
      Wstaję, piję herbatkę z cytryną, śmieję się i czasami po prostu żyję na pełnych obrotach. Zdarza mi się cieszyć, generalnie radzę sobie. Zmiany. Bałam się ich. Uciekałam przed nimi. Czasem jest tak, że nie można ich zatrzymać, chociaż serce domagało się czegoś innego. Albo się dostosujemy albo utoniemy. Aż ciśnie się mi na usta: a utonąć nie mogę, przecież idę na AWF :P 
     Wracam do blogosfery w dzień szczególny, bo w moje dziewiętnaste urodziny. Tak więc do następnego !

PS. Idę kończyć tort ;) 

Fotorelacja ze studniówki :)

Witajcie :) W zeszłą sobotę jak już wcześniej wspominałam odbyła się moja studniówka. Jak wrażenia? Cudowne!!! Byłam na niej sama, a mimo to a przede wszystkim dzięki temu bawiłam się na maxa. Uwielbiam tańczyć, mimo że nie jestem mistrzynią dancingów, po prostu lubię to i nie narzekałam na brak chłopaków do tańca. Faceci chętnie brali mnie w obroty i nie kojarzyć tego z niecnymi czynnościami :P Jedzenie było pyszne, sala przepiękna, nastrój wyjątkowy i tylko zabawa za krótka. Przydałyby się poprawiny. Szkoda, że ich już obecnie nie robią :d Często lądowałam przed obiektywem fotografa, który chyba upatrzył mnie na swoją ofiarę :P No ale, dość tego mojego paplania. Zapraszam do oglądania fotorelacji :) 

111 MARCIN STASIAK PHOTODESIGN www.marcinstasiak.com

1453 MARCIN STASIAK PHOTODESIGN www.marcinstasiak.com

1553 MARCIN STASIAK PHOTODESIGN www.marcinstasiak.com

1674 MARCIN STASIAK PHOTODESIGN www.marcinstasiak.com

1898 MARCIN STASIAK PHOTODESIGN www.marcinstasiak.com

2063 MARCIN STASIAK PHOTODESIGN www.marcinstasiak.com

2638 MARCIN STASIAK PHOTODESIGN www.marcinstasiak.com

2642 MARCIN STASIAK PHOTODESIGN www.marcinstasiak.com

2068 MARCIN STASIAK PHOTODESIGN www.marcinstasiak.com

2911 MARCIN STASIAK PHOTODESIGN www.marcinstasiak.com

2909 MARCIN STASIAK PHOTODESIGN www.marcinstasiak.com

 

12606912_936068296501460_615797043_n

2426 MARCIN STASIAK PHOTODESIGN www.marcinstasiak.com

2484 MARCIN STASIAK PHOTODESIGN www.marcinstasiak.com

PS> Idąc samemu można się wspaniale bawić, czego jestem żywym przykładem! Także odwagi! :D 

Studniówka- level: przygotowania

Studniówka zbliża się wielkimi krokami… Jeszcze ostatnie poprawki, ostatnie sprzeczki, przygotowania i można w sobotę szaleć do białego rana. Postanowiłam sobie, że pójdę z dobrym nastawieniem i będę się nieziemsko bawić. Przynajmniej spróbuję. Na przekór tym wszystkim ‚życzliwym’ larwiszonom , które traktują moje pójście solo jakbym miała trąd.Jakie to irytujące ‚-’ Znalazła się też jedna osoba z klasy, żeby było śmieszniej moja siostra cioteczna, która w drodze do domu wygłosiła mi przemówienie w stylu: „Ty biedna, dziwna istoto, ja na twoim miejscu szlochałabym po nocach „, które mnie po prostu rozbawiło- cóż dwulicowi ludzie zawsze mnie śmieszą. Co najlepsze, jej partner na studniówkę, którego zna oczywiście tylko z „cześć, cześć” miał siedzieć przy stole w pierwszym ustawieniu centralnie naprzeciwko mnie. Ciekawe, dlaczego tak szybko zmieniła jego miejsce i przeniosła go kilometr dalej. Skoro jestem taka „dziwna i biedna”, nie powinna się niczego obawiać. Najwyraźniej moja obecność ją przerosła :P Kolejna koleżanka wyznała SKROMNIE, że ma nadzieję, że nie znajdzie się ładniejsza od niej. Hmmm… Wydaje mi się, że każda z dziewczyn będzie niezaprzeczalnie piękna na swój sposób i to nie podlega a) dyskusji, b) ocenie c) czemukolwiek :) 
Wracając do mnie rozmawiałam z paroma osobami, które poszły same na bal studniówkowy i wszyscy zgodnie potwierdzają, że wybawili się lepiej niż niejedna „para”. Myślę, że takie wąskie, stereotypowe postrzeganie osoby bez towarzysza jako przegranej jest krzywdzące, bo mówią tak ludzie zawistni i nieumiejący cieszyć się z życia. A ja? Będę taka jak na każdej poprzedniej imprezie: zabawna, wyluzowana i po prostu sobą :D 
Wczoraj testowałam makijaż i muszę przyznać, że mi się bardzo spodobał. Nareszcie moja paleta Nude Dude the Balm może się wykazać :P Prezent z osiemnastki od moich przyjaciółek oczywiście trafiony i co najważniejszy praktyczny! :) Cienie pięknie wyglądają, komponując się z piwnymi oczami  i doskonale nadają się zarówno do szkoły jako delikatny makijaż, jak również na wyjścia wieczorowe, dzięki temu, że występują w niej zarówno cienie matowe jak i z maleńkimi błyszczącymi drobinkami na odważniejsze wyjścia. Zdecydowałam się również na krwistoczerwone usta, które podkreślą moją specyficzną urodę. Na tle czarnych włosów i delikatnej karnacji będą się ładnie odróżniać od  całości :P Jednak moją osobistą dumą są „wyhodowane” długie pazurki! Tak, udało się!! :D Wiele koleżanek przykleja sobie sztucznie zakupione paznokcie na „kropelkę”, a ja jak to ja, zastanawiam się: jak to jest nie boli je zdejmowanie ich??? 
Jedyną pomocą z zewnątrz będzie wizyta u fryzjerki, która ma ogarnąć moje niesforne czarne kosmyki :D Dałam jej wolną rękę i zdałam się na jej inwencję twórczą. Powiedziałam jej jedynie, że nie chcę wyjść z salonu z płaczem :D Kiedy byłam się zapisać, pierwszym spostrzeżeniem było: na takich włosach można wszystko. Byleby to ‚wszystko’ było w miarę ładne! :D 
Mam zamiar cyknąć parę zdjęć, żebyście mieli wyobrażenie, jak taka wredna, trudna dziewczyna jak ja, prezentowała się na balu :) Także, do zobaczenia !!
PS. Skoro nie mam partnera, chociaż wizualnie chcę zabłysnąć :P

Moja osobista konfrontacja z rzeczywistością

Dziś opowiem Wam, jak miłości powiem ‚nie’…

A może kiedyś znowu spróbuję? Może jednak kiedyś zdecyduję się na nieprzespane noce, ciągłe wyczekiwanie na telefon, spotkania, użeranie się z Jego wrednym wnętrzem, codzienne długie spacery, romantyczne wieczory, wspólne przesiadywanie po nocach, słodkie słówka, namiętne pocałunki, dzielenie codzienności na dwoje, robienie wspólnych śniadań, wyczekiwanie, rozmowy z Jego rodzicami, miłość? nie, dziękuję. –odpowiedział  zdecydowanie rozum.
Nie ważne co sądzę o miłości, nieważne jak jej nienawidzę, jak ją przeklinam, nadal 
będę jej potrzebować jak tlenu, nadal będę wracać po więcej. – szepnęło pewnie serce.
A ja krucha, głupia dziewczynka pogrążyłam się w fali smutku i bezsilności. Szczerość rani. Mówimy, że nie potrzebujemy miłości. Że nie teraz. Że nie jest potrzebna. Że nie kochamy. Ale tak naprawdę, każdemu serce się smuci, gdy widzi zakochaną parę. Każdy z nas potrzebuje, choć trochę uczuć. Nie ma co zaprzeczać prawdzie. Przecież to nie wstyd.
Znając siebie wiem, że chociaż znaczna część mnie odrzuca świadomość, tego, że kiedyś się zakocham po raz drugi,  nie powiem ‚nie’ miłości. W pełni świadoma ryzyka rozczarowania i następującego potem ewentualnego bólu podejmę wyzwanie. Podejmę, choć się boję. Amen. 

171854496

Przyszły mrozy. Przyszedł podły humor.

I po dwutygodniowej przerwie trzeba było wrócić do szkoły. Nie będę nawet wspominać, jak to bardzo mi się nie chciało i jakie to miałam gigantyczne problemy z wstaniem rano, szczególnie, kiedy na dworze tak mroźno! Z bólem serca opuściłam bezpieczne i wygodne łóżko :(
Kiedy maszerowałam rano do liceum, myślałam,że zamarznę. Zazwyczaj, gdy szłam wczesnym rankiem ludzie powoli, bez pośpiechu podążali ulicami i jeszcze z pół przymkniętymi oczyma budzili się do życia, lecz w takie dni jak ten, każdemu załączyło się nitro w dupsku :P
Przekraczam próg szkoły a tam …. zimno! Tego to ja się nie spodziewałam. Zdejmuję wierzchnie ubrania, zbiera się coraz więcej uczniów ( zwanych czasami przeze mnie adeptami :P) i pierwsze co da się usłyszeć to: „****, ale zimno”. Mijają przerwy, a korytarze zapełniają się ludźmi w kurtkach i szalikach.Toczyły się nieme walki o kaloryfery :D Na chemii nie wytrzymałam i założyłam rękawiczki. Nie wiedzieć czemu najbardziej marznie mi właśnie twarz i dłonie. Ktoś na lekcji rzucił: Nie ma to jak dmuchać na zimne- suche jak piach na pustyni, ale jakie prawdziwe! Panie woźne przyniosły do świetlicy samowar z gorącą wodą. Dobre i to. Wspominałam kiedykolwiek, że uwielbiam dobrą herbatę? A dziś, na przekór zaparzyłam sobie kawę, chociaż oczywiście jej nie pijam i ku zaskoczeniu uznałam, że nawet smaczna jest. Nie wiem, może złe emocje demoralizują moje kubki smakowe??? :P
Z lekka zmieniając temat: znajomi (nie przyjaciele) ciągle pytają się mnie o tą durną studniówkę. Musicie wiedzieć, że niebawem moja osobista,a ja byłam rok temu, nie ważne z kim. Na TĄ idę sama. Nie dlatego, że nie miałabym z kim iść. Miałabym. Tylko dlatego, że nie chcę. Wszystko jest na razie zbyt świeże, a obecność męska doprowadza mnie do popadania we wspomnienia, których nienawidzę. 
-  Opowiedz o tamtej 100dniówce bla bla bla
- W końcu się trochę poirytowałam ostatnimi czasy jestem trochę zanadto nerwowa, nad czym muszę popracować i wypaliłam-nie chce o tym mówić, wspominać co było i jak, okej?!
- A jak było? 
- Wspaniale. Po czym szybko dodałam.-Nieważne. To przeszłość- i poczułam się znowu tak beznadziejnie, jak tylko się dało i tylko maska obojętności skrywała prawdę.
Szczerze to… nie chcę tam w ogóle iść. Ta cała otoczka tego wydarzenia po prostu doprowadza mnie do szału. Trzeba przecierpieć, posiedzieć trochę i zmyć się jak najszybciej. Plan jest. Teraz tylko go zrealizować. Ten blog to miejsce, gdzie daję upust swoim emocjom, więc z góry przepraszam za tą falę żalu  i złości. Taka już jestem…
Skostniała z zimna i podłym nastroju z radością doczekałam się ostatniego dzwonka, opuściłam zimny budynek i podążyłam na autobus. Jak to zimą tłum ludzi. Na jednym z przystanków wsiadła żwawa starsza kobieta. Zdjęłam słuchawki, z których dało się usłyszeć „Bang my head” Davida Guetty i spytałam ją kulturalnie, czy może chce usiąść. Odpowiedziała z miną wyższości: “To chyba oczywiste, że NIE TY będziesz siedzieć.”. Powiedziałam jej: “Wygląda na to, że jednak będę”, założyłam słuchawki i siedziałam dalej. Kultura kulturą, ale takiego czegoś nie zdzierżę. 

I tylko dziękuję, że ten dzień dobiegł końca. Siedzę sobie w ciepłym łóżku, przytula się do mnie Usia- mój czarny psiak i tak sobie filozofuję, że bywają dni, w których życie to zwykła dziwka.
Pozdrawiam :*